mgr

Taaaaak. W telegraficznym skrócie:
Zdałam wszystkie egzaminy. Obroniłam pracę magisterską. Dostałam certyfikat z niemieckiego Goethe-Zertifikat C1.
W listopadzie byłam w Lublinie na Falkonie. Lublin całkiem mi się spodobał, mogłabym tam studiować.
Przeczytałam parę książek, ale pewnie więcej zapomniałam niż zapamiętałam. "Rhezus" Róży Jakobsze niezbyt mnie przekonał, choć czytało się znośnie.
Od początku roku przeczytałam jakiś tuzin książek Agathy Christie.
W tym tygodniu opublikowałam pierwszy rozdział mojego kryminału na Forum Mirriel.
A poza tym aktualnie mam chore gardło.
Aha, od października uczę się na uniwersytecie rosyjskiego, co mi idzie całkiem nieźle. Teraz znalazłam przez CouchSurfing osobę, która chce mnie uczyć węgierskiego. Strasznie się cieszę i jestem ciekawa, co z tego wyniknie.

(Może kiedyś przypomnę sobie, jak się pisze dłuższe notki...)

2011-02-24 20:21:26
skomentuj (0)



jak ja strasznie nie mam czasu!

Mam praktyki w "Polityce", piszę pracę magisterską, przeprowadzam się po trochu i w ogóle jestem piekielnie zajęta. Przejrzałam krytycznie półki i postanowiłam sprzedać część książek. Jeśli ktoś jest zainteresowany, to zapraszam na allegro: http://allegro.pl/show_user_auctions.php?uid=7080201 (książek będzie prawdopodobnie przybywać tam przez ten miesiąc, bo trochę ich jeszcze mam).

  Zamierzałam opisać moje wrażenia z obejrzenia "Incepcji", "Nieustraszonych braci Grimm" i "Juno", ale nie wiem, czy gdy już znajdę czas, będę chociaż część tych wrażeń pamiętać. Jakimś cudem zdążyłam jeszcze przed praktykami skończyć pierwszy tom "Pierścienia mroku" Nika Pierumowa. W czasie dojazdów na praktyki i w ogóle jakoś tak między różnymi innymi czynnościami (mimochodem) przeczytałam "Odnaleźć swą drogę", którą to książkę napisała Aleksandra Ruda. Lektura bardzo sympatyczna, taka dziewczyńsko-młodzieżowa, a do tego przezabawna. Polecam! 


2010-09-08 17:31:19
skomentuj (2)



Pieniądze szczęścia nie dają

  Mówią, że podróże kształcą. Gdy człowiek odwiedza nowe miejsca, chcąc niechcąc czegoś się o nich dowiaduje; w obcym kraju, choćby cały czas mówił po angielsku (lub innym wyuczonym w Polsce języku), i tak zawsze nauczy się choć kilku nowych słów (po holendersku uitgang to wyjście, a duwen znaczy pchać - ważne, jeśli zamierzamy używać drzwi). Przy okazji może się też dowiedzieć, że noszenie ze sobą dużej ilości pieniędzy i wszystkich dokumentów może mieć opłakane skutki. Ale również można się przekonać, że na świecie jest naprawdę dużo przyjaznych ludzi, którzy są gotowi pomóc, doradzić i wytłumaczyć. I że wiele rzeczy da się załatwić od ręki - wystarczy tylko zapytać. 

Amsterdam jest dość nudny. Większość turystów chyba przyjeżdża tam, by legalnie kupić i zażyć marihuanę, a potem kupić sobie związane z nią pamiątki. Inna część turystów krąży po czerwonej dzielnicy i patrzy na rozpłaszczające się na szybach kobiety w bieliźnie. Zabawne jest, że najstarszy kościół w Amsterdamie znajduje się właśnie w centrum czerwonej dzielnicy, więc gdy poszłyśmy go zobaczyć, Mierzeja twierdziła, że prostytutki machały do niej. Ja nic nie widziałam, bo robiłam zdjęcia kościołowi.

Szukałam dziś dobrego porównania i doszłam do wniosku, że całe historyczne centrum Amsterdamu jest jak Krakowskie Przedmieście, tylko zamiast ulicy na środku jest kanał, większość chodnika zajmują ścieżki rowerowe, a piesi przemykają bokiem, bo w Amsterdamie naprawdę trzeba uważać na rowery, bo są szybkie i ciche. W każdym razie Amsterdam sprawia dosyć nudne wrażenie. A do tego spora część zabytków jest w remoncie, na przykład pałac jest obstawiony rusztowaniami, w Nowym Kościele (Nieuwe Kerk) też trwa (a przynajmniej trwał, gdy tam byłyśmy) remont, centralny dworzec też jest w trakcie robót...

Największym plusem Amsterdamu jest transport miejski. Tramwaje jeżdżą szybko i większość ma pętlę przy głównym dworcu, więc łatwo się zorientować, jak gdzie dojechać. W ogóle w Holandii transport jest genialny. Między miastami jeżdżą pociągi Intercity, takie samo połączenie jest co pół godziny zazwyczaj, przesiąść się można w miasteczku 's-Hertogenbosch, przez które przejeżdżają pociągi w różnych kierunkach. Bilet jest od-do, nie na konkretny pociąg, więc można praktycznie wysiadać na każdej stacji i zwiedzać, jeśli tylko da się to zmieścić w jednym dniu podróży. Ale o tym później.

Arnhem było jak oddech normalności po Amsterdamie - wszystko przez II wojnę światową. W okolicach Arnhem toczyły się wyjątkowo zacięte walki i zniszczona została większość zabytków. Dlatego Arnhem wygląda teraz jak normalne miasto, a nie kopia Amsterdamu, tylko bez kanałów. W największym kościele w Arnhem jest wystawa rzeźb. Można też wjechać windą na wieżę. Winda jest przeszklona, więc można podziwiać znajdujący się w wieży carillon, czyli zespół dzwonów. Na szczycie wieży jest punkt widokowy, z którego niestety widać było w większości rusztowania, ponieważ fasada kościoła była w remoncie. Natomiast kościoły, które zachowały swoją funkcję, były zamknięte na głucho. Msze odprawia się w nich może nawet raz w tygodniu, ale poza tym stoją puste i nie można do nich wejść. Obok wielkiego kościoła stoi Diabelski Dom. Nazwano go tak, bo przy wejściu ma wyrzeźbione figury satyrów z rogami. Do tegoż zabytkowego budynku dobudowano nowoczesny, biały budynek. Pasuje jak pięść do nosa, a do tego przed nimi jest jeszcze fontanna. Przy fontannie fajnie się siedzi, ale doceniają to chyba tylko Polacy - widziałyśmy z Mierzeją grupę osób siedzącą w tym miejscu. Rozmawiali po polsku. Holendrzy chyba wolą siedzieć w kawiarnii lub w domu.

Na obrzeżach miasta znajdują sie skansen i zoo. Mierzeja i ja byłyśmy tylko w skansenie. Po holendersku taki przybytek nazywa się openluchtmuseum. Domki rolników najwyraźniej przenosi się tam głównie w związku z budową nowych autostrad. Dowiedziałyśmy się sporo, bo większość informacji była również dostępna po angielsku i niemiecku. Po skansenie kursował w kółko zabytkowy tramwaj - powierzchnia muzeum jest ogromna, więc zwiedzający prędzej czy później robią się porządnie zmęczeni.

W zoo nie byłyśmy, ale podobno jest niesamowite.

Z Arnhem jechałyśmy do Aachen, czyli Akwizgranu. Wyglądało to tak, że przy głównym dworcu wsiadałyśmy w autobus zastępczy, bo główny dworzec jest w remoncie, i jechałyśmy na stację Arnhem Zuid. Stamtąd ładnie pociągiem przez Nijmegen do 's-Hertogenbosch. 's-Hertogenbosch ma naprawdę piękną katedrę, w której światło pada tak, jak na tych wszystkich filmach pada światło w katedrach. Po prostu budynek jak z bajki. Na zewnątrz trwa remont, Mierzeja chyba nawet wrzuciła parę euro datku na renowację. W tym mieście poczułyśmy, że wkroczyłyśmy w świat, gdzie zabytki architektury sakralnej mają ponad tysiąc lat. Dla Polaka to abstrakcja - słyszeć, co jakiś biskup zrobił półtora tysiąca lat temu w tym miejscu - przecież wtedy jeszcze nie było Polski, nikt nie zapisał, co się wtedy działo u nas - a tutaj wiedzą dokładnie, kiedy ktoś żył i co zrobił.

W 's-Hertogenbosch zobaczyłyśmy jeszcze dom towarzystwa łabędzi, a potem wróciłyśmy na stację i pojechałyśmy do Maastricht. Maastricht jest miastem św. Serwacego. Św. Serwacy był biskupem i jest patronem miasta, jego podobizna wyrzeźbiona jest na moście, który ma ponad tysiąc lat. I już fakt, że jest tam ponadtysiącletni most, jest niesamowity. W Maastricht jest też katedra ze skarbcem, w którym zobaczyć można bogato zdobione relikwiarze. Ogólnie wizyta w skarbcu przyprawia człowieka raczej o obrzydzenie i skłania do zastanowienia, czy stojącego przed Pałacem Prezydenckim krzyża nie opłacałoby się porąbać na drzazgi i przedawać na relikwie. Katedra ma fascynujące witraże i w ogóle jest ciekawa dla kogoś, kto lubi kościoły.

Nie mogłyśmy jednak spędzić całego dnia w katedrze, więc powoli wróciłyśmy na dworzec. Mijałyśmy po drodze pomnik mężczyzny, który trzymał w ręku jakiś przedmiot buchający ogniem. Nie ustaliłyśmy w końcu, czyj to był pomnik. Z dworca w Maastricht odchodził autobus do Aachen. Jechał godzinę przez różne miasteczka holenderskie, a potem nagle byłyśmy w Niemczech.

W Akwizgranie było duszno. Tu też na mapkach dla turystów zaznacza się tylko najbardziej starożytne i atrakcyjne z zabytków, więc można przypadkiem trafić na kilkusetletni kościół, który nie jest nigdzie zaznaczony, a jest interesujący. U nas byłby ważnym zabytkiem, ale w mieście Karola Wielkiego liczą się bardziej budowle (lub ich fragmenty) z czasów tego sławnego władcy. Katedra jest tu wielka. Po prostu gigantyczna i trudno jest zrobić jej dobre zdjęcia. I trudno w ogóle objąć ją i upchnąć w jednym kadrze. Najłatwiej to zrobić z klatki schodowej stojącego naprzeciw niej ratusza, co inteligentnie wykorzystali również autorzy zdjęć do pocztówek. Zresztą większość widokówek z Aachen jest dość kiepskiej jakości, a zdjęcia są krzywe. Przynajmniej te sprzedawane w centrum informacji turystycznej, które mieści się tuż przy Źródłach Elizy, do których swego czasu przyjeżdżał między innymi książę Adam Kazimierz Czartoryski.

W historycznym centrum Aachen budynek jest przyklejony do budynku, a do tego każdy jest w innym stylu. Dziewiętnastowieczne kamienice sąsiadują z domami o kamiennych fasadach, a tuż obok stoją domy niemal zupełnie współczesne. Przy rynku można wypić kawę w Starbuck'sie albo zjeść pizzę w Pizza Hucie. Ratuszowi przydałoby się czyszczenie, bo ma zacieki na rzeźbach, a w katedrze jest remont. Podobno znajdujący się w niej grób Ottona III jest pusty, więc przesadnie go nie eksponują, a szkoda. Gdy byłyśmy w środku, był przykryty dywanem, więc trochę nam zajęło, zanim w ogóle go znalazłyśmy. Ale dzięki temu czujemy się bardziej uświadomione niż turyści, którzy bezmyślnie depczą po tym dywanie i nawet się nie domyślają, że pod spodem jest coś takiego. Zresztą być może ich to nie interesuje.

W Akwizgranie na przystankach jest tablica, na której wyświetlają się planowane czasy odjazdów autobusów, ale nie zawsze zgadza się to z rzeczywistością. Korzystałyśmy tam z komunikacji miejskiej tylko raz, gdy wyjeżdżałyśmy. Autokar odjeżdżał z obrzeża miasta, więc pojechałyśmy praktycznie do pętli, blisko granicy miasta, gdzie był tylko cmentarz i jakieś wielkie magazyny.

Cóż... dzięki tej podróży dowiedziałam się też, że potrafię znieść niemal dobę w autokarze. Chyba już nigdy nie zdecyduję się na tak długą podróż. Lepiej byłoby ją rozbić na mniejsze odcinki i zobaczyć coś po drodze. Albo polecieć samolotem. Zresztą nigdy nie wiadomo, co przyszłość przyniesie, i czy w ogóle będę (będziemy?) gdzieś jechać w przyszłym roku.

Podróże chyba najwięcej uczą człowieka o nim samym. Stawiają go w nowych sytuacjach, nowych środowiskach, wśród nowych ludzi - i wtedy człowiek dowiaduje się, jaki jest naprawdę. No i ja dowiedziałam się, że jestem naprawdę nieśmiała. Że nie jestem charyzmatyczną postacią, którą wszyscy lubią od pierwszego wejrzenia. I że nie zawsze jestem w stanie znaleźć z każdym temat do rozmowy. Oczywiście nigdy nie uważałam się za jakiegoś geniusza w nawiązywaniu relacji międzyludzkich, ale dzięki tej podróży uzyskałam bardzo realistyczny obraz własnej osoby.

Oczywiście dowiedziałam się też, że chyba łatwo byłoby mi nauczyć się holenderskiego i że naprawdę warto uczyć się mniej popularnych języków - w Niemczech ze znajomością polskiego miałabym lepsze perspektywy niż w Polsce ze znajomością niemieckiego. Chociaż kto wie.

Ponownie przekonałam się, że ludzie, którzy chcą być odpowiedzialni za wszystko i mieć wszystko pod kontrolą, wpadają tylko w coraz większą frustrację i mają do wszystkich pretensje, że świat nie spełnia ich oczekiwań. A według mnie wszystko dzieje się w jakimś celu.

Pierwszego dnia mojego pobytu w Holandii ukradziono mi portfel. Po prostu zniknął. W jednej chwili był, potem już nie. Zniknął razem z moimi dokumentami, kartami bankomatowymi, pieniędzmi (polskimi i euro)... Katastrofa. Mierzeja tak to przeżyła, że ja nawet nie miałam czasu się zastanowić, jak zareagować, bo cały czas musiałam ją uspokajać. A przypominam, że zginął mój portfel. Cóż. Całą późniejszą podróż śmiałam się, że mój portfel musiał zginąć, żeby Mierzeja zaczęła mówić po angielsku. Bo było dla mnie wręcz szokujące, że Mierzeja, która całe życie odmawiała mówienia po angielsku, sama, z własnej inicjatywy zaczęła pytać ludzi po angielsku o mój portfel i gdzie jest posterunek policji. Niesamowite.

A w Aachen też wdawała sie w dyskusje po angielsku. Mówi, że nauczyła się sporo z lektury mang po angielsku. Ciekawe.

Brak mojego portfela powstrzymał również Mierzeją przed kupieniem dość drogiej i mało użytecznej pamiątki. Było mi przykro, kiedy się o tym dowiedziałam, bo Mierzei bardzo na tym zależało, ale nie przyznała się od razu, tylko dopiero w następnym mieście, więc było już za późno, by sytuację naprawić. Uważam, że ten zakup byłby bezsensowny i przyjaciele, którym o tym powiedziałam, zgodzili się ze mną, więc może to też można uznać za pozytywny skutek zaginięcia mojego portfela...

Brak portfela, brak pieniędzy i dokumentów chyba zmobilizował mnie do działania. Wróciłam do Warszawy, poskładałam podania o wydanie nowych dokumentów i z tego załatwiania różnych spraw wyszło, że załatwiłam sobie też miesięczną praktykę w dziale korekty w redakcji "Polityki". Czuję się, jakbym dosłownie złapała Pana Boga za pięty, bo "Polityka" to tak wysokie progi, że nawet nie śmiałabym marzyć o praktyce tam, gdyby nie sugestia mojego taty. I tak po prostu mnie przyjęli! Chyba jakoś nigdy do tej pory nie uświadamiałam sobie, że jeśli dla mnie ktoś miałby być autorytetem, to właśnie wielu autorów piszących do "Polityki". I teraz będę przebywać w tym samym budynku, jeździć tą samą windą, a może nawet sprawdzać ich teksty! Nie wierzę, nie wierzę, nie wierzę...

A Mierzeja powiedziała mi: Masz praktykę? No i co z tego? Ja na swojej praktyce sortowałam korespondencję.

A ja czuję skrzydła u ramion, bo przez chwilę będę częścią tej niezwykłej organizacji. A pewnie jeśli nie straciłabym portfela w Amsterdamie, nie odważyłabym się wysłać im maila. A tak czułam, że i tak nie mam nic do stracenia. I udało się! I nawet będę miała własny identyfikator!

Ach, jaka ja jestem teraz szczęśliwa!


2010-08-31 00:27:00
skomentuj (0)



bo ja zawsze tak się rozpisuję w nocy...

Dawno nie pisałam. W kwietniu i w maju nie robiłam nic, tylko chodziłam na zajęcia i pisałam pracę magisterską. Pod koniec maja miałam już połowę. Cały czas mam tyle samo. Pod koniec maja zaczęły się zaliczenia, w czerwcu miałam egzaminy, w drugiej połowie egzamin na certyfikat CPE, 11 lipca wyjechałyśmy z mamą na wczasy nad Solinę, odwiedziłyśmy po drodze Łańcut (bardzo tam zresztą ładnie, szczerze polecam), w drodze powrotnej zajrzałyśmy do Szczebrzeszyna (mama zrobiła mi zdjęcie z chrząszczem) i Zamościa, który teraz przechodzi okres generalnych remontów - na jednym z bocznych rynków zmieniana jest nawierzchnia, kościoły i ratusz obstawione są rusztowaniami... Najbardziej podobała mi się cytadela - cmentarz w parku, resztki starej cytedeli, cisza i spokój... Spłoszyłyśmy nawet zająca i potem obserwowałyśmy, jak uciekał. Chciałabym przyjechać do Zamościa, gdy już nie będzie tych remontów.

Nad Soliną było nawet sympatycznie, choć też z drugiej strony nieznośnie. Okazało się, że nasz ośrodek leży nad jeziorem, za górami, za lasami... Dało się tam dojechać tylko jedną drogą pełną serpentyn, a biedny silnik naszego samochodzika ledwo dał radę podjechać pod górę. Ośrodek organizował wycieczki autokarowe w różne miejsca, ale nie dałyśmy się skusić. Organizowane też były wycieczki stateczkiem - w linii prostej po jeziorze jest nawet kilkakrotnie szybciej niż drogą wokół jeziora. Dlatego odwiedziłyśmy Polańczyk i Solinę, wybrałyśmy się też na wycieczkę odnogami jeziora. Bieszczady są niesamowite, ale chciałabym mieć większą możliwość przemieszczania się między miejscowościami. Już więcej nie chcę jechać do tego ośrodka.

Niedługo, dokładnie w piątek trzynastego, jedziemy z Mierzeją do Amsterdamu, później do Arnhem i Aachen (czyli Akwizgranu). Powinnyśmy wrócić dwudziestego czwartego sierpnia. Pierwszy raz jedziemy same tak daleko, do tego jeszcze będziemy mieszkać u ludzi, z którymi umówiłyśmy się przez couchsurfing.org. To będzie coś, czego jeszcze nigdy nie robiłyśmy. Opiszę wrażenia po powrocie.

Mam w kalendarzu spis lektur, o których chciałam napisać, ale postaram się przesadnie nie rozwodzić.

"Fiolet" Magdaleny Kozak podobał mi się, choć był strasznie przewidywalny. Motta rozdziałów zdradzały rozwój wydarzeń, czasem nawet na dwa rozdziały naprzód. Pomyślałam sobie, że nie może być lepszej promocji spadochroniarstwa niż ta książka. Ale ja mam dość organiczoną wyobraźnię. Gdy dentysta grzebał mi kanałowo w zębie, pomyślałam sobie, że Magdalena Kozak potrafiłaby opisać to emocjonujące wydarzenie i zrobić z tego fascynującą książkę. Człowiek ma naprawdę dziwne myśli, kiedy dentysta przez trzy kwadranse grzebie mu w zębie.

W ramach przygotowań do egzaminu CPE przeczytałam "Czy androidy marzą o elektrycznych owcach" Philipa Dicka. Ja mam problem z tymi autorami science-fiction z lat sześćdziesiątych - wszystko przez to, że zaczytywali się w nich autorzy fantastyki, którzy już teraz są starszym pokoleniem. I gdy czytam o łowcy androidów, który ma wątpliwości, czy aby androidy na pewno powinny być zabijane, przed oczami staje mi wiedźmin, który z podobnym dylematem radził sobie wiele sprawniej, bo na przemyślenia miał (w zaokrągleniu) pół wieku literatury. Cóż. Czasem po prostu nie można oprzeć się wrażeniu, że złapało się swojego ulubionego autora na tym, co kiedyś czytał. Czyli w pewnym sensie czytając dzieło danego autora, czytamy też to, co on przeczytał. A do tego dostajemy głównie te aspekty, które dla niego osobiście były najważniejsze. Fascynujące.

Chomik dostała ode mnie na własne życzenie pierwszy tom sagi "Millenium". Książkę tę nazwałam skrótowo "szwedzka cegła", bo ma sześćset stron. W czasie czytania robiłam notatki i pod koniec wysłałam mojej pani od Kultury Języka Polskiego całą litanię błędów, ale to już inna historia. Szwedzką cegłę czyta się nawet nieźle, choć przez większość czasu człowiek zastanawia się, kiedy wreszcie coś się zacznie dziać. Po kryminale spodziewałabym się czegoś bardziej dynamicznego, ale cóż, Szwedzi chyba zbyt dynamiczni nie są.

Odkryłam też opowiadania o Domenicu Jordanie autorstwa Anny Kańtoch: zbiory "Diabeł na wieży" i "Zabawki diabła". Domenic Jordan to lekarz i jednocześnie detektyw od spraw nadprzyrodzonych. Jest postacią charyzmatyczną, ale i szczerą do bólu, brakuje mu empatii. Ale najważniejsze w tych opowiadaniach jest to, że tchną spokojem. Ich lektura pozwoliła mojemu zabałaganionemu i rozdygotanemu umysłowi uspokoić się, uporządkować i skupić na tyle, że zaczęłam pisać moją pracę magisterską. Drugi rozdział napisałam przecież w dziesięć dni! Hm. Może powinnam wypożyczyć z bilioteki coś Anny Kańtoch, żeby znów zacząć pisać?

Przeczytałam też "Niewidocznych akademików". Głównie dlatego, że dziewczyny powiedziały mi, że pojawia się tam wymyślone przeze mnie słowo charyzniema, które jest tak genialne, że chyba nikt inny go nie wymyślił. W internecie pojawia się w bodajże dwóch egzemplarzach - na moim blogu i w odnośniku do mojego wpisu, na stronie o charyzniemie (en. charisn'tma). To dość śmieszne, ale wzmianka o tym słowie pojawia się gdzieś między wynikami mojej matury a uwagami na temat dostania się na studia. Czyli w samym środku takiego nastolatkowego pisania o wszystkim i o niczym. To fascynujące, że ktoś to znalazł i zacytował, ale w końcu od czego jest google. Jestem taka dumna, że wymyśliłam to słowo!

A jeśli chodzi o książkę: przez cały czas się zastanawiałam, jakiej wielkości był ten bohater, który musiał udowadniać swoją wartość i to, że nie stanie się potworem. Na początku wydawało mi się, że to mały stworek, coś na kształt skrzata domowego, który siedzi w kącie pod miotłą; na końcu okazał się na tyle męski, by zostać chłopakiem Glendy. Cóż. Podobało mi się migdalenie, choć do końca nie byłam pewna, co autor miał na myśli. Poza tym w tej książce Vetinari mówi chyba więcej niż we wszystkich pozostałych razem wziętych. A najbardziej szokujące było to, że wybuchnął śmiechem i nabijał się z ludzi (i nieludzi też).

Fajny był też sposób podziału ciasta - jedna osoba kroi na pół, druga wybiera, którą połowę chcę. Taki sposób jest chyba najbardziej sprawiedliwy ze znanych sposobów podziału ciasta. Tata mnie tego nauczył. Fajnie było zobaczyć to też u Pratchetta.

U Pratchetta nie podoba mi się za to, że postacie, które są naprawdę ciekawe jako pierwszoplanowe, gdy pojawiają się epizodycznie lub trzecioplanowo, sprawiają wrażenie naprawdę żałosnych. Na przykład Rincewind. A Myślak Stibbons się starzeje i przestaje być sympatycznym człowiekiem z wizją, a zaczyna być wrednym biurokratą. Szkoda.

Przeczytałam też bajki narodów byłego ZSRR autorstwa braci Kapranow. Nie mam pod ręką dokładnego tytułu. Książka zorganizowana jest ciekawie, bo z każdej strony ma początek - z jednej wersja dla dziewcząt, z drugiej - dla chłopców. Oczywiście zazwyczaj te dla dziewcząt są ciekawsze i mają więcej sensu, chociaż niektóre z męskich też były niezłe. W każdym razie jest do dość ciekawe połączenie rzeczywistości postsowieckiej z podaniami o wiedźmach, duchach, sukkubach, wilkołakach itp. Swoją drogą ta historia o wilkołaku jest przesympatyczna. Problem (mój) polegał na tym, że domyśliłam się, że chłopak jest wilkołakiem, bo w pierwszej scenie, kiedy się pojawił miał gorączkę. A w sadze Zmierzch wilkołaki miał cały czas wyższą od ludzkiej temperaturę ciała. Oczywiście to był tylko zbieg okoliczności, ale głupie skojarzenia potrafią być zaskakująco trafne.

Potem, pod wpływem musicalu "Moulin Rouge", który obejrzałyśmy z dziewczynami, przeczytałam "Damę kameliową" Aleksandra Dumasa syna. Oczywiście zirytowało mnie, że na początku trzecią część książki zajmuje narrator pierwszoosobowy, który nic konkretnego nie robi ani nie wie, po prostu sobie chodzi. Dopiero potem spotyka młodzieńca, z którym się zaprzyjaźnia. Młodzieniec opowiada mu historię swojej dramatycznej miłości do tytułowej damy. Irytująca jest też ta dziewiętnastowieczna powściągliwość i tendencja do chorowania z emocji. Widać tu zresztą, że autorowi też sporo rzeczy w tej rzeczywistości nie odpowiadało. Ciekawe jednak, że bohaterowie nie uznają nikogo konkretnego za winnego tej tragicznej sytuacji, stwierdzają po prostu, że tak działa świat i do nikogo nie można mieć pretensji. I może właśnie to było w tej historii najbardziej dramatyczne.

Cóż, skończyła mi się lista. Aha, przeczytałam jakąś tam parodię "Zmierzchu", nazywała się "Zmrok" i nie była szczególnie interesująca - były zabawne fragmenty, ale ogólnie jest to parodia na poziomie mniej więcej "Barry'ego Trottera". Ale okładkę ma dowcipną.

Jest konkurs literacki, w którym można wygrać drugie wydanie "Naznaczonych błękitem" (ma ponoć więcej obrazków niż pierwsze wydanie). Wymagania są nawet dość interesujące, ale za Chiny nie jestem sobie w stanie wyobrazić opowiadania mieszczącego się w limicie pięciu tysięcy znaków (licząc spacje). Przecież to chyba niecałe dwie strony w Wordzie czcionką Times New Roman o rozmiarze 12 ze standardowym odstępem! Przecież ja nawet wypracowania pisałam dłuższe. Śmiałyśmy się z Mierzeją, że tyle to może mieć wstęp, a pewnie i tak by się nie zmieścił... Wiem, że można pisać opowiadanie sześciowyrazowe, jak to Hemingwaya (
For sale: baby shoes, never used), ale pięć tysięcy to niespełniona obietnica - a na dodatek nie mogę napisać go ręcznie, bo przecież nie będę na papierze liczyć literek.

Szkoda, chociaż przecież po co mi nowe wydanie, skoro mam poprzednie.

Cóż... zobaczymy, co z tego wyniknie. Chyba powinnam pisać krótsze notki, ale bardziej na bieżąco. Mam nadzieję, że w przyszłości mi się to uda.

Pewnie następnym razem odezwę się po powrocie z Holandii i Niemiec. Tam i z powrotem jedziemy autobusem, więc trzymajcie kciuki, żebyśmy to przeżyły, bo to naprawdę długa i wyczerpująca podróż. Jechałyśmy już z chórem autokarem do Szwajcarii, więc mamy pewne wyobrażenie.

Oby tylko wszystko się udało.


2010-08-06 01:05:25
skomentuj (2)