Wtorek

Od czasu ostatniej notki zdążyłam złożyć papiery na SGH. Mierzeja też to uczyniła. Okazało się, że egzamin z przedsiębiorczości ma o 8.00, a ja o 14.00, więc będę mogła się wyspać, a Mierzeja i tak wcześnie wstaje.

Mierzeja przeżyła w międzyczasie pobyt w otchłani rozpaczy, bo SGGW doszło do wniosku, że kandydaci muszą mieć z każdego z przedmiotów branych pod uwagę minimum 40 punktów, a jej wyszło z matmy 38,8. Z geografii miała sześćdziesiąt coś, więc miałaby jeszcze szanse się dostać, ale wprowadzono tę czterdziestkę i niestety Mierzeja została wykluczona z rekrutacji.
To trochę bez sensu, bo jak ci wszyscy ludzie, którzy teraz są zarejestrowani na SGGW, dostaną się na SGH, to SGGW zostanie z niedoborem kandydatów i będą musieli robić dodatkową rekrutację.
Ale nic to, Mierzeja dostanie się na SGH i jeszcze im pokaże :)

Tymczasem czytam "Eragona" Christophera Paoliniego. Powieść całkiem ciekawa. Dużo przygód, ale niektóre schematy dość męczące. Główny bohater niemal bez przerwy jest ranny, musi się poświęcać i cierpi. Losy Smoczych Jeźdźców, do których zalicza się Eragon, podejrzanie przypominają losy rycerzy Jedi (czyli Dżedajów ;)).
Ale ogólnie rzecz biorąc jest całkiem ciekawie i nie wiem jeszcze, jak to wszystko się skończy, a według wszelkiego podobieństwa na razie się nie skończy, bo to dopiero pierwszy tom planowanej serii.

Tymczasem odkryłam, że ostatnio potwornie przekręcam wyrazy, które czytam. A teoretycznie powinnam powtórzyć sobie przedsiębiorczość na poniedziałkowy test na SGH. Niestety, strasznie mózg mi się wyłącza, gdy czytam. Ale nic to. Trzeba się będzie wreszcie skupić. Nyo. To moje postanowienie na ten tydzień.

2005-07-05 19:34:54
skomentuj (0)



Czwartek

Zaledwie wczoraj Londyn cieszył się, że wybrano go na miejsce odbycia się olimpiady, a dziś wstrząsnęły nim zamachy terrorystyczne. Z zainteresowaniem słuchałam komunikatów w Radiu Zet, które na bieżąco informowało o sytuacji w Londynie. Po paru godzinach mówiącym bez przerwy spikerom już zaczynały się plątać języki, a pani Olejnik usiłowała nie mówić napastliwym tonem. Zaobserwowałam też, że ludzie nie odpowiadają na pytanie, tylko mówią to, co chcą powiedzieć.
Poza tym pomyślałam, że może napiszę coś o zamachu terrorystycznym w którejś z moich powieści.

Przez zainteresowanie Londynem, o którym to usłyszałam będąc z mamą w centrum handlowym, ostatecznie nie uczyłam się dziś przedsiębiorczości. Ale jeszcze to nadrobię dziś wieczorem.

Wpadłam na pomysł, by zapisać się na kurs języka migowego. Niestety, kursy organizowane są w większości dla celów zawodowych albo dla rodziców głuchoniemych dzieci.
Moja mama mówi, że to dlatego, bo nikt normalny nie uczy się języka migowego, jeśli nie musi. Może i racja, ale szkoda, że nie ma kursów dla ludzi, którzy chcą nauczyć się go dla siebie i ewentualnego przyszłego użytku.

Weszłam na oficjalną stronę JKRowling i poczytałam sobie, jakie plotki krążą. Np. że Luna Lovegood jest córką
Snape'a. JKR stwierdziła w odpowiedzi, że Snape nie ma córek. To może jakiś syn? ;)

A tak w ramach zajęć dodatkowych upiekłam babkę cytrynową z torebki. Jest bardzo smaczna, tylko trochę czuć w niej proszek do pieczenia. Ale nic to. I tak mi smakuje.

2005-07-07 20:46:59
skomentuj (4)



Sobota

Dzień mój rozpoczął się bardzo optymistycznie, ponieważ po powrocie z porannych zakupów obejrzałam w telewizji konferencje prasową pana Cimoszewicza. Zresztą całą moją rodzinę wprawiło w zawchyt jego dzisiejsze postępowanie względem komisji śledczej ds.Orlenu.
Okazało się mianowicie, że istnieje przepis w ustawie o komisji śledczej, iż jeśli wezwany przed komisje świadek ma wątpliwości co do obiektywności jakiegoś członka komisji, członek ten zostaje automatycznie wykluczony z obrad. Pan Cimoszewicz przedstawił swe wątpliwości co do każdego członka komisji po kolei, a następnie opuścił salę obrad komisji, gdyż w pomieszczeniu nie pozostała ani jedna osoba, która byłaby uprawniona do zadawania mu pytań.
Udowodnił w ten sposób, że komisja nie ma pojęcia o prawie, w ramach którego powinna działać.
Komentując wypowiedzi pana Cimoszewicza z konferencji prasowej członkowie komisji udowodnili, że zupełnie nie rozumieją, gdy ktoś przemawia prostym językiem.

Tymczasem egzaminy na SGH zbliżają się dużymi krokami - egzamin z przedsiębiorczości już w poniedziałek. To na szczęście mój jedyny egzamin, bo z matematyki, geografii i dwóch języków zdawałam maturę. Tymczasem Mierzeja ma jeszcze we wtorek egzamin z podstawowego angielskiego.

Niestety, przyszło nam żyć w CIEKAWYCH CZASACH, gdy wszystko się zmienia i nigdy nic nie wiadomo.
Na szczęście ja jestem taką osobą, która wierzy, że
1.zawsze mogło być gorzej
2.jeśli odpowiednio długo poczekam, na pewno w końcu będzie lepiej.
Dlatego zawsze udaje mi się wyjść z wszejkiego rodzaju depresji i opresji obronną ręką.

Urządziłam sobie w tym tygodniu "rok nauki w tydzień". Udało mi się przeczytać cały podręcznik od przedsiębiorczości. Teraz jeszcze tylko przejrzę notatki i przejrzę je jeszcze parę razy i będę teoretycznie przygotowana, a praktycznie to i tak nigdy nic nie wiadomo, więc nie ma co się przejmować.

Chociaż niepokojąca jest informacja, że na SGH być może inaczej będą liczyć punkty osobom, które zdawały historię i tym które zdawały geografię. Okazało się bowiem, że średnia z geografii wynosi siedemdziesiąt parę procent, a z historii czterdzieści parę. Tak więc w ramach sprawiedliwości społecznej być może ułatwią tym z historią rekrutację. Na razie tradycyjnie nic nie wiadomo.

Ostatnio słucham Linkin Parku. Odkryłam w tym zespole COŚ. Prawdopodobnie chodzi o smutek promieniujący z ich piosenek. W każdym razie przyjemność sprawia mi słuchanie ich płyty, którą nieopatrznie zostawił u mnie mój brat.

Skończyłam wreszcie czytać "Tamten okrutny wiek" z serii "Sensacje XX wieku". Niektóre z opisanych tam historii poznałam wcześniej w postaci słuchowiska w Radiu Zet bądź też spektaklu w TVP. Informacje ciekawe, zwłaszcza że w dwudziestowiecznej historii świata jestem niemal zupełnym mugolem. Niemalże nic nie pamiętam już z gimnazjum. W liceum historia była bardzo wyrywkowa, więc znam tylko jakieś poszczególne wydarzenia w poszczególnych krajach.

Czytam obecnie powieść "Smok i piękne dziewczę z Kentu". Na początku wydawała mi się dość chaotyczna, ale doszłam do wniosku, że to z powodu mojej nieznajomości poprzednich tomów cyklu. Potem już mnie wciągnęło, ale wciąż jestem na początku, więc jeszcze dokłanie nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi. Ale nic to. Poczekamy - zobaczymy.

Dziś w nocy znów nie mogłam spać z powodu upału. Leżałam i myślałam, ale nie pamiętam już o czym. Na pewno doszłam do wniosku, że fajnie mieć ludzi, z którymi można podzielić się swoimi dziwacznymi pomysłami i którzy zrewanżują mi się tym samym. Pomyślałam sobie, że fajnie mieć takich przyjaciół jak moi z gimnazjum, Ferajna, Valaraukar i inni dziwni ludzie np. z chóru mojego (w tej chwili już byłego) liceum. I pomyślałam sobie, że jestem szczęśliwa, mając takich przyjaciół. Chciałam nawet wysłać SMSa Valowi, ale doszłam do wniosku, że już jest po północy i nie wypada prześladować tak ludzi. Bu narzekała, gdy wysyłałam jej SMSy o takiej porze, więc mimo wszystko zrezygnowałam.

Byłam wczoraj w bibliotece i wypożyczyłam dwie nowe książki. Mianowicie dorwałam w końcu "Metamorfozy" Witolda Jabłońskiego. Polowałam na nie od przynajmniej pół roku. Wypożyczyłam też "Linię ognia" Tomasza Pacyńskiego. Mam nadzieję, że okażą się ciekawe.

Niniejszym kończę tę notkę i życzę miłego dnia wszystkim zainteresowanym.

2005-07-09 18:29:44
skomentuj (3)



notka z wczoraj

W ciągu ostatnich paru dni ograniczyłam swoje kontakty z komputerem do minimum, a to dlatego, że
1. nie miałam ochoty
2.podejmowałam czynności, które być może zapewnią mi lepszą przyszłość, ale nigdy nic nie wiadomo.
W niedzielę byłam z rodziną u cioci, która jest jednocześnie moją matką chrzestną. Było bardzo miło, a kuchnia cioci jest wprost doskonała, ale niestety aż nazbyt obfita. W rezultacie najadłam się na co najmniej dwa dni, a i tak wszystkiego nie udało mi się spróbować.

W poniedziałek rano czytałam nieco notatek z przedsiębiorczości z kursu, a następnie przybyła do mnie Mierzeja z czereśniami i informacjami o porannym egzaminie na SGH. Następnie sprawdziła, że nie dostała się na Uniwersytet Kardynała Wyszyńskiego, oznajmiła, że napisze odwołanie i poszła, a ja razem z nią, bo właśnie miałam wychodzić na egzamin z przedsiębiorczości na SGH.
Na miejsce dotarłam dużo przed czasem, a w autobusie spotkałam koleżankę z podstawówki. Bardzo miło sobie pogadałyśmy, ale ona musiała wysiąść wcześniej niż ja.
Pod SGH spotkałam moich kolegów z gimnazjum. Poczekaliśmy godzinę w okropnym popołudniowym upale, aż wreszcie otwarto drzwi SGH i każdy udał się do sali, w której miał pisać egzamin. Test był dziwny. Nie mam zielonego pojęcia, jak mi poszedł. Mam nadzieję, że całkiem nieźle.

We wtorek mama wysłała mnie do hipermarketu, abym sprawdziła ceny pralek i lodówek do mojego przyszłego mieszkania. Pojechałam rano, bo jeszcze miałam ważny bilet dobowy z zeszłego dnia. Po obejrzeniu sprzętu AGD, udałam się do innego hipermarketu i kupiłam sobie zapas serków truskawkowych na następnych kilka dni (w Rembertowie są bardzo rzadkim zjawiskiem, więc kupuję je, gdy tylko jestem w hipermarkecie. Tam są bardzo częste). W owym przybytku spotkałam Chomika, która zaproponowała mi podwiezienie do Rembertowa, bo jej rodzice akurat zrobili zakupy i mogłabym się z nimi zabrać. Ucieszyłam się bardzo, ponieważ nie uśmiechała mi się perspektywa podróży dusznym i zatłoczonym autobusem. Przy okazji porozmawiałyśmy sobie z Chomikiem na nasze ulubione tematy: o książkach i (ostatnio hit sezonu) rekrutacji na różne kierunki studiów.

Znalazłszy się z zaciszu domu, zajęłam się czytaniem „Smoka i Pięknego Dziewczęcia z Kentu”. Powieść ciekawa, ale strasznie dużo dzieje się na raz i główny bohater cały czas myśli o tym, jak rozwiązać te wszystkie problemy. Na szczęście akcja nie jest tak poplątana jak w Dziewicy Slytherinu.

Ostatnio prześladują mnie upały. W dzień jestem ciągle zmęczona, a w nocy nie mogę spać, bo jest za ciepło. Wczoraj wpadłam na pomysł, by zmienić koszulę nocną na piżamę. Chyba pomogło. Okazuje się, że odkryte plecy oddają więcej ciepła niż nogi. A może po prostu noc była trochę chłodniejsza? W każdym razie nie znoszę upalnych nocy, a prognozy pogody na najbliższe dni są bezlitosne – ciągle tylko upały i upały.
Dowiedziałam się od Valaraukara, że u niego niedawno padało. Mogłoby się nad Polskę pofatygować jakieś powietrze morskie, a nie tylko kontynentalne wybitnie suche. Ja chcę deszczu. Bardzo lubię deszcz i nie wiem, dlaczego ludzie narzekają i nazywają deszcz „brzydką pogodą”.

Może kiedyś przeniosę się do Anglii. I wcale nie z powodu perspektyw, tylko dlatego że tam wieczorem i w nocy w lipcu jest ZIMNO i spokojnie można się opatulić kołdrą idąc spać. Takie noce występują codziennie, bez względu na to, czy w dzień był upał, czy nie. Zresztą w Anglii częściej pada, a lato w ogóle jest chłodniejsze, a zima cieplejsza. A w Irlandii to już w ogóle roczne zmiany średnich temperatur nie przekraczają dwudziestu stopni Celsjusza, a temperatura niemal nie spada poniżej zera, ani nie wzrasta ponad dwadzieścia stopni. To są dla mnie wymarzone warunki klimatyczne. Nigdy w życiu nie chciałabym mieszkać w ciepłych krajach. Nie wytrzymałabym gorąca.

Dziś tata obdarował mnie laptopem w nagrodę za dobrze zdaną maturę. Wkrótce przeniosę do niego wszystkie moje dane i będę miała wszystko w jednym miejscu, a jak wsadzę kabel od Internetu w odpowiednie miejsce, to Internet też będę miała.

Tę notkę piszę właśnie na tym laptopie. Podoba mi się, tylko nie ma wejścia dla dyskietek, więc muszę wszystkie moje dane przenosić na inny komputer na dyskietce, by potem z tamtego komputera nagrać je na płytę i wgrać do laptopa. Mój brat skrzywił się sceptycznie, gdy mu to tłumaczyłam.

W każdym razie zajmuję się o obecnie przenoszeniem danych i czytelnictwem. Niedługo zajmę się pewnie przeprowadzką, a może i pisaniem. Zobaczymy. Na razie jeszcze nic nie wiadomo.

2005-07-13 10:04:43
skomentuj (0)



Czwartek

Stała się rzecz straszna i zupełnie niespodziewana. Chomik nie dostała się na swoje upragnione studia. Zdziwili się wszyscy, od Chomika począwszy, a na Mierzei skończywszy.

Opiszę jednak całą sytuację od początku, bo ktoś nieznający nas i naszych stosunków tudzież osiągnięć mógłby nie poczuć dramatyzmu całej sytuacji.
Osobami dramatu są tu tegoroczni maturzyści, w tym przede wszystkim: Mierzeja, Chomik i ja, bowiem jedynie ich sytuacja jest mi na tyle znana, by móc ją opisać.
Otóż Mierzeja od samego początku mówiła, że nie zda i na pewno nie dostanie się na żadne studia. Mierzeja zawsze marudzi, ale jest na tyle roztargniona, że faktycznie niepokoiłyśmy się o jej wyniki. Okazało się, że maturę zdała, a jej wyniki były raczej przeciętne, ale z tendencją zwyżkową. Nie były jednak na tyle wybitne, by od razu zagwarantować jej przyjęcie na studia.
Chomik od początku podchodziła do matury bez większych emocji. Zapisała się na trzy kierunki na wydziale biologii UW (bo więcej nie było). Pragnęła dostać się na biotechnologię, ale nie pogardziłaby też biologią. Trzecim kierunkiem, stanowiącym praktycznie ostatnią deskę ratunku, była ochrona środowiska. Chomik wpisała swoje bardzo dobre wyniki do systemu rejestracji i czekała na wyniki, które dziś poznała.
Jakież było zaskoczenie nas wszystkich, gdy okazało się, że na biotechnologię nie ma szans, nawet w formie zaocznej, ponieważ jest ponad sto miejsc za osobami zakwalifikowanymi. Na biologii ma szanse na studia zaoczne, bo jest jedną z pierwszych na liście rezerwowej.
Natomiast na ochronę środowiska dostała się bez problemu. Była nawet w pierwszej dziesiątce przyjętych na studia dzienne.
Było to dla nas wielkie zaskoczenie, ponieważ wszyscy przywykli już do myśli, że Chomik jest z nas najlepsza i jeśli ktoś w ogóle ma dostać się na studia, to właśnie ona. A tymczasem klops!
Jestem niezmiernie ciekawa, jaką decyzję podejmie Chomik. Ja na jej miejscu miałabym ogromne wątpliwości. Myślę jednak, że biologia jest mimo wszystko bliższa jej zainteresowaniom. Chociaż nikomu nie uśmiecha się perspektywa płacenia za studia…
Zresztą zobaczymy, co przyniesie przyszłość.

Patrząc z boku na sytuację Chomika, a także na naszą reakcję na wieść o jej rekrutacyjnym niepowodzeniu, zauważyłam, że już w naszych głowach przez te sześć lat znajomości wytworzył się stereotyp naukowej wyższości Chomika. A gdy okazało się, że na świecie są ludzie lepsi od niej, to nasza koncepcja rzeczywistości się w pewnym stopniu załamała. W końcu runął jakiś fundament naszego postrzegania świata.
Mierzeja oznajmiła: jeśli Chomik się nie dostała, to ja w życiu się nie dostanę. To efekt tych wszystkich lat gimnazjum i liceum, gdy Chomik ustawicznie była najlepszą uczennicą, zawsze sumienną i przygotowaną do lekcji.
Tymczasem teraz okazało się, że coś jej się nie udało. Mierzeja wciąż postrzega siebie i Chomika w tej samej kategorii, więc od razu porównuje jej sytuację do swojej. Nie zauważa jednak, że startuje na zupełnie inne kierunki.
Mierzeja jest bowiem zainteresowana przede wszystkim kierunkami ekonomicznymi (z pragmatycznych pobudek – wszak ekonomiści zawsze są potrzebni, chociażby do pomocy przy wypełnianiu zeznania podatkowego), a poza tym socjologią, na którą już się nie dostanie, ale będzie pisać odwołanie, bo obliczony przez system rekrutacyjny wynik uważa za podejrzanie niski.
W każdym razie Chomik ze swoimi punktami z matematyki miałaby całkiem niezłe szanse na dostanie się na studia ekonomiczne, a i z maturą z geografii, wymaganej na takie studia, nie miałaby większych problemów.
Dlatego uważam, że obecnie Mierzeja ma większe szanse dostać się na interesujące ją studia dzienne niż Chomik.

Zresztą moja filozofia kandydowania na studia, gdzie wymaganych jest dużo przedmiotów, daje moim zdaniem o wiele lepsze rezultaty. Oczywiście pod warunkiem, że jest się z tych przedmiotów całkiem niezłym. Ja jestem.
Idę na SGH, bo tam trzeba zdawać łącznie pięć przedmiotów:
-matmę – z tego zawsze byłam dobra, 80% na maturze było tylko efektem moich błędów w odczytywaniu polecenia
-geografię – jakoś w ostatnich latach polubiłam ten przedmiot
-angielski – moja anglistka twierdziła, że rozszerzona matura jest bardzo trudna, zupełnie jak First Certificate in English… Bardzo fajnie, a ja od roku mam Certificate in Advanced English.
-niemiecki – niemiecki niemal pokochałam, wydaje mi się ładniejszy niż angielski, łatwiej mi się w nim pisze. Niemiecki jakoś ma więcej różnych słów, a ponadto ma takie słowa, których w angielskim nie ma, a których ja lubię używać.
-przedsiębiorczość – opiera się na geografii, psychologii i zdrowym rozsądku. Zauważyłam, że niektóre strategie, o których mówił wykładowca na kursie na SGH stosuję na Mierzei, gdy chcę ją do czegoś przekonać czy zmobilizować.
Zresztą im więcej przedmiotów, tym mniej procent jest wymagane, by się dostać.

Kandyduję też na lingwistykę stosowaną, bo interesuję się językami. Myślę, że bardzo przyjemnie byłoby zostać tłumaczem. Na lingwistykę trzeba zdawać dwa języki obce rozszerzone. Jeszcze nie wiem, czy mam szanse, ale zobaczymy. Swoją szansę widzę w tym, że niewiele osób czuje się aż tak pewnie w dwóch językach obcych, by zdawać z nich rozszerzoną maturę, a jeśli już, to niewiele osób uzyska z niej bardzo dobre wyniki.
Zresztą zobaczymy, co przyniesie przyszłość.

Zerknęłam na listę przyjętych na polonistykę, na specjalność kulturoznawczą, gdzie przyjmowali tylko na podstawie pisemnej matury z polskiego. Po przeliczeniu doszłam do wniosku, że spokojnie bym się dostała. Niech się więc cieszą przyszli poloniści, że się nie zgłosiłam na ten kierunek, bo ktoś z nich by się przeze mnie nie dostał.

2005-07-14 20:59:56
skomentuj (0)



Wtorek

Poniedziałek, 18 lipca 2005
Jestem zmęczona. Całodzienne telepanie się środkami komunikacji miejskiej zawsze sprawia, że robię się senna. Jestem jednak cholernie szczęśliwa. Nie wiem czemu. Równowagę osiągnęłam, gdy dowiedziałam się, że Joanka (z Sadystycznej Ferajny) kandyduje na te same studia co ja (lingwistyka stosowana na UW). Dziś rano miała egzamin. Ja mam jutro koło południa. Spotkałyśmy się wczoraj. Chciałyśmy też i dzisiaj, ale ostatecznie rozładowała mi się komórka, więc nie mogłyśmy ustalić miejsca spotkania.
Dziś spotkała mnie zresztą ciekawa przygoda. Znalazłam się mianowicie na drugim końcu miasta bez pieniędzy, biletu i z rozładowaną komórką. Tata był bardzo rozczarowany, że nie chciałam wrócić do domu taksówką.
Ostatecznie mama, która pojechała akurat do przychodni, podjechała po mnie.
Tata wciąż jest rozgoryczony, że ja jestem taka niesamodzielna, ale niestety moja koncepcja od początku zakładała, że przyjedzie po mnie mama.
Ale nic to.

Skończyłam czytać „Linię ognia” Pacyńskiego. Dziwne się zrobiło. Na początku było fajne, ale potem zdziwaczało.

Aha, Bu dostała się na medycynę.

***

Wtorek, czyli dziś

Od rana było okropnie duszno i sennie. Stwierdziłam, że bardzo dobrze mi się myśli w stanie półsnu. Niestety, w autobusach raczej nie wypada spać, nie tyle ze względów estetycznych, co praktycznych.
I tak bez tego mało nie spóźniłam się na rozmowę do Instytutu Lingwistyki Stosowanej. Okazało się mianowicie, że tramwaj, którym chciałam jechać, nie jeździ w ogóle. Dlatego musiałam kombinować, jak dojechać do ILS inną drogą. Ostatecznie byłam pięć minut przed czasem i poczekałam jeszcze trochę, bo w sali była poprzednia osoba.
Egzamin był dziwny, nie wiem, jak mi poszło, ale chyba nie najgorzej. Rozumiałam większość. Strasznie deprymowało mnie, że nie pamiętałam, jak powiedzieć "ludzie w średnim wieku", żeby nie wyszło "ludzie w Średniowieczu".
Zresztą jutro pewnie pojadę zobaczyć wyniki.

Gdy wychodziłam z ILS zaczynało kropić. Wsiadłam do autobusu, padało gdy wysiadłam. Następnie przejechałam się tramwajem, a gdy go opuszczałam, nad głową miałam burzę z piorunami, a pod stopami - kałuże po kostki.
Wsiadłam w autobus, potem przesiadłam się w inny autobus i dotarłam do Rembertowa, gdzie nie zważając na deszcz poszłam do domu.
Chyba jednak nie jestem czarownicą. Moknę.

Tymczasem wczoraj zaczęłam czytać "Afrykankę" Artura Baniewicza. Muszę przyznać, że ta książka nieco mnie intryguje, bo jest jakaś taka inna, może trochę zwyczajna.
W końcu każdy człowiek czasem potrzebuje trochę odpoczynku od wszechobecnej magii, czarodziejów, zjawisk nadprzyrodzonych itp.
Rzeczywistość też jest ciekawa, zwłaszcza podczas wojny w Etiopii, gdy jest się, jak główny bohater "Afrykanki", lekarzem wojskowym. Jeszcze nie wiem, co z tego wszystkiego wyniknie, bo przeczytałam dopiero sto stron, a książka ma sześćset trzydzieści coś, więc może się jeszcze dużo wydarzyć.

2005-07-19 17:52:22
skomentuj (0)



Środa

Spałam dziś długo, bo aż do 9.00, ale śniło mi się coś ciekawego i chciałam dowiedzieć się, co będzie dalej. Ostatecznie wstałam koło 10.00 i mama oznajmiła mi, że jestem leń i ona mnie nie podwiezie do ILS.
Trochę mnie to zdziwiło, ale zjadłam śniadanie, sprawdziłam, czy wszystko mam i wyszłam. Po chwili wróciłam, bo moje adidasy okazały się wilgotne od środka na skutek wczorajszych opadów atmosferycznych. Założyłam sandały i wzięłam parasolkę na wszelki wypadek.
Dziś już wiedziałam, jak najszybciej dojechać do ILS, więc zajęło mi to mniej niż godzinę. Pokazałam moje świadectwo maturalne, a potem wróciłam do centrum. Wpadłam do McDonalda i wykorzystałam dwie zniżki. Przy okazji zmarzłam, bo w McDonaldzie mają porządną klimatyzację. Następnie wróciłam do domu.

Wychodząc z ILS obejrzałam sobie wyniki. Mam z angielskiego 41, a z niemieckiego 60. Razem 101 na 200 możliwych.
Joanka miała z angielskiego 79, a z niemieckiego 92. Ten wynik sprawia, że ona ląduje w czołówce, a ja zaledwie w połowie peletonu. Może nawet w drugiej połowie. Zresztą oficjalne wyniki będą dostępne 26 lipca.

Wyniki na SGH mają być już jutro lub pojutrze.

Wczoraj okazało się, że do mojego laptopa nie da się podłączyć normalnej klawiatury, bo nie ma odpowiedniej dziury, do której możnaby wetknąć kabel od klawiatury. Trzeba kupić nową kawiaturę z innym złączem albo takiego cusia, co z jednej strony można podłączyć do laptopa, a z drugiej do wtyczki klawiatury.
Niestety, klawiatura laptopa jest stosunkowo niewygodna, więc jeśli miałabym kontynuować moją pracę sekretarsko-edytorsko-literacką, to powinnam mieć klawiaturę, o którą można się wygodnie oprzeć i na której wygodnie się pisze.
Tata powiedział, że zobaczy, co się da zrobić.

Cały czas czytam "Afrykankę".

2005-07-20 14:38:17
skomentuj (0)



Czwartek

Joanka dała na forum opowiadanie. I zaczęłam z nią na ten temat dyskutować. Widać, że zupełnie nie możemy znaleźć porozumienia, ale sam fakt dyskusji podoba mi się niezmiernie. Wreszcie coś się dzieje. Po tylu miesiącach milczenia...

Tymczasem jutro o 10.00 mają wywiesić na SGH wyniki rekrutacji. Jestem niezmiernie ciekawa, kto się dostanie, a kto nie.

Przepisałam na komputer moje opowiadanie "Angie" (czytaj: Endżi). Muszę je jeszcze raz przeczytać i dam je na forum Ferajny. Może komuś się spodoba. Ma już z półtora roku, a przeczytała je tylko jedna osoba w postaci Chomika.

Ostatnio moje wcześniejsze opowiadania wydają mi się jakieś dziwne. Nie wiem czemu. Może zmienił mi się sposób myślenie.
Zresztą wydaje mi się, że pisarz nie powinien czytać swoich książek, bo albo popadnie w samozachwyt, albo się załamie i nic więcej nie napisze. Czytać powinien tylko wtedy, jeśli ma napisać dalszy ciąg czegoś. Ale tylko wtedy.

Kończę już. Prawdopodobnie w następnej notce objawię, jak się będą toczyły moje losy przez następne pięć lat. A tym czasem żegnam i pamiętajcie, że grunt to optymizm.

PS: Tak sobie myślę, że właściwie mogę sobie tu pisać, co chcę, bo i tak nikt nie czyta "większej połowy" moich notek.

2005-07-21 21:22:49
skomentuj (2)



Piątek

Pojechałyśmy dziś z Mierzeją do SGH. Musiałam z tego powodu wstać o nieludzkiej porze. No, przynajmniej obudzić się. W każdym razie dojechałyśmy pod SGH, gdy wywieszali wyniki.
Dostałam się. Mierzeja nie. Dostali się też czterej nasi koledzy z gimnazjum, którzy ostatnie trzy lata spędzili w liceum Batorego.
Żeby się dostać, trzeba było mieć 280 punktów. Na 400 możliwych. Ja miałam 339 2/3. Nie wiem, jakim cudem udało mi się dostać z testu z przedsiębiorczości 50 2/3 punktów. Na 66 2/3 możliwych. Dziwne. Zwłaszcza że Mierzeja miała tylko 28, a ona przecież lepiej się na tym wszystkim zna.
W każdym razie dostałam się. Na lingwistykę pewnie się nie dostanę, więc przynajmniej mam już jakieś studia.
Mierzeja ma swój AON z ekonomią i jeszcze marudzi.
Ostatecznie najgorzej wyszła na tym wszystkim Chomik, która wylądowała na ochronie środowiska. Mierzeja twierdzi, że jakby Chomik zapisała się na biotechnologię na SGGW, to pewnie by się dostała.

Tymczasem dostałam następną zagadkę do rozwiązania, a mianowicie: jechać na obóz integracyjny czy nie. Trochę się boję, trochę mi się nie chce, ale z drugiej strony jestem też trochę ciekawa, jak to może być i jacy ludzie pojadą.

No nic. W każdym razie dziś oficjalnie zostałam studentką SGH.

2005-07-22 13:08:15
skomentuj (1)



"Afrykanka"

Skończyłam czytać "Afrykankę" Baniewicza. Teraz jestem w lekkim szoku emocjonalnym po przeczytaniu owej powieści, ponieważ jest ona szalenie wciągająca i czyta się ją niemal jednym tchem. A ma stron sześćset parę.
To ciekawe, ale dopiero czytając coś absolutnie niezwiązanego z fantasy poczułam tak jakby ulgę. Wychodzi na to, że po prostu potrzebowałam chwili oddechu od fantastyki, bo zaklęcia, magiczne stworzenia i ludzie z nadnaturalnymi mocami tak mi spowszednieli, że nie potrafiłam wykrzesać z siebie ani jednego nowego pomysłu na opowiadanie.
Tymczasem "Afrykanka" sprowadziła moje myśli na zupełnie inne tory. Oczami wyobraźni zobaczyłam pustynną Afrykę, starcia zbrojne, wojsko podczas bitwy... Jakoś wcześniej nie czytałam nic napisanego z punktu widzenia żołnierza, może nie zupełnie zwykłego (bo wojskowego lekarza), ale zawsze.
Zapewne więcej bym zrozumiała, gdybym miała jakiekolwiek pojęcie o broni, wozach bojowych czy chociaż stopniach wojskowych, ale na szczęście moja niewiedza nie przeszkadzała mi zachłannie pożerać każdej stronicy.

Okazało się, że potrzebowałam czegoś innego. Nie samą fantastyką żyje człowiek. Może powinnam poczytać trochę fikcji politycznej, bo za Chiny nie potrafię wymyślić żadnej logicznej intrygi i wychodzą mi jakieś głupoty jak w "Orderze Feniksa" to porwanie Lily Potter w celu zmuszenia jej do ślubu.

Dobrze jest czasem przeczytać coś innego, bo czytając wciąż ten sam gatunek człowiek może się w końcu znudzić i zatrzymać w rozwoju wewnętrznym. A ja chcę wciąż wymyślać nowe historie i pisać. Dla przyjemności własnej i (mam nadzieję) cudzej także.

Zresztą "Afrykanka" jest też opowieścią o miłości. Bo na wojnie równie łatwo można się zakochać, jak w czasie pokoju. A może nawet łatwiej.

Ostatecznie sama nie wiem, czy "Afrykanka" mi się podobała. Na pewno do mnie przemówiła. A wydaje mi się, że w literaturze to jest najważniejsze.

Ludzie byli tam żywi i ciekawi, nawet postacie trzecioplanowe miały swój charakter. Mnie osobiście podobał się major Wołynow. Nie wiem czemu. Po prostu miał swój charakter i potrafiłam przewidzieć, jak może w danej sytuacji postąpić.

Mogę jeszcze długo dywagować na temat, co najbardziej mnie w tej książce zainspirowało, ale jedno jest pewne. Dawno żadnej książki nie czytałam z takim zapałem. "Afrykanka" jest pierwszą powieścią od miesięcy, o której myślałam w chwilach wolnych, zastanawiając się, jak potoczą się losy tytułowej bohaterki i głównego bohatera. Innej książce nie poświęcałam ani chwili mego cennego myślenia. A ta zajęła mnie na dobre.

Wygląda na to, że nieźle wpadłam. Moja miłość do literatury chyba właśnie odżyła. Cieszę się okrutnie. I jestem niezmiernie wdzięczna panu Baniewiczowi, że napisał tę książkę.

Kurcze, chyba jestem szczęśliwa. Nyo więc przytoczę na koniec moje ulubione zdanie:
ŻYCIE JEST PIĘKNE!

2005-07-22 21:29:23
skomentuj (1)



Niedziela

W piątek przeczytałam książkę "Spalona żywcem". Są to wspomnienia kobiety z Cisjordanii, która splamiła honor rodziny nieślubną ciążą, więc rodzina próbowała ją spalić. Dziewczyna przeżyła, ale i tak umarłaby, gdyby nie zainteresowałaby się nią kobieta pracująca dla fundacji charytatywnej, która przywiozła ją na leczenie do Europy.
Powieść opisuje obyczajowość Cisjordańskich wiosek, a także szok kulturowy, jaki przeżywa dziewczyna stamtąd, przenosząc się do Europy.

Czytając tę powieść myślałam, że takie honorowe morderstwa zdarzają się tylko w dalekiej Azji czy na Bliskim Wschodzie. Nieco wstrząsnęło mną, gdy w "Wysokich Obcasach" znalazłam informację, że takie przypadki zdarzają się w Niemczech. W Europie jednak "obrońcy honoru rodziny" stawiają raczej na efektywność a nie efektowność, więc już nie palą kobiet żywcem, ale topią lub po prostu do nich strzelają. Pewnie też dźgają ostrymi przedmiotami.

Niemcy zainteresowali się tym problemem dopiero niedawno i zachodzą w głowę, co zrobić z tym problemem. Bo trudno ustalić, gdzie kończą się niezbędne dla zachowania porządku ograniczenia, a zaczyna się germanizacja.

***

Wczoraj oglądałam film "Słodki listopad". Trochę dziwny był, ale przesłanie mi się podobało. Bo w gruncie rzeczy chodziło o to, że życie jest piękne. I trzeba się nim cieszyć, póki trwa. I że ludzie są o wiele szczęśliwsi, jeśli są dla siebie mili, wyrozumiali i akceptują siebie nawzajem.

Denerwowały mnie tylko piosenki Enyi w tle, ponieważ w ogóle nie pasowały. Ani trochę. Na szczęście pojawiały się tylko w dwóch miejscach i tylko przez chwilę.

W każdym razie film nawet mi się podobał. I mówił do mnie. A to chyba jest najważniejsze.

2005-07-24 17:43:19
skomentuj (0)



Czwartek

26 lipca, Wtorek
Ostatnie dni były nieco szalone, ale w jak najbardziej pozytywny sposób.
Wczoraj z okazji imienin mojego taty upiekłam ciasto, które najpierw urosło, a potem opadło. Ostatecznie okazało się na szczęście jadalne i nawet całkiem smaczne.
Dziś mój brat ma turniej tenisowy. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że nie ma czym grać, ponieważ wczoraj pękły mu naciągi na wszystkich rakietach. Na szczęście udało mu się pożyczyć rakietę na miejscu i nawet wygrał pierwszy mecz. Drugi przegrał, ale walka była zacięta do końca.
Ja tymczasem zostałam w domu niemal sama z bojowym zadaniem przygotowania kotletów na obiad i upieczenia ciasta. Kotlety wyszły jak zwykle świetnie, ale ciasto się przypaliło, gdy wyszłam z domu, by otworzyć mamie bramę i garaż.
Na szczęście większość ciasta ocalała i po nałożeniu owoców i kremu wyglądało całkiem porządnie.

Dziś są moje imieniny, więc od rana odebrałam już smsy od przyjaciół (dwa) z życzeniami. Mama rano dała mi prezent i wyszła. Ja wstałam jakieś trzy godziny później. Spojrzałam na stojący przy moim łóżku prezent i pomyślałam, że rzucanie się na niego od razu i bezlitosne wybebeszanie go byłoby bez sensu. O wiele przyjemniej jest zrobić najpierw wszystko inne, co jest do zrobienia, a dopiero później zajrzeć do środka.
Dostałam „Harry Potter and the Half-Blood Prince” i ładną, niebieską piżamę.
Potem dorwała mnie babcia i wręczyła mi dwie bombonierki z wiśniowymi czekoladkami. Widocznie już nauczyła się, że to moje ulubione. Przy okazji jak zwykle przymocowała do słodyczy parę banknotów, z co jestem jej niezmiernie wdzięczna.

Moje imieniny przebiegają bardzo pomyślnie, bo nawet zdarzyła się już u nas w Rembertowie ulewa i to chyba nawet podwójna. I wcale nie jest bardzo gorąco, a po niebie pałętają się stada chmur. Uwielbiam taką pogodę. Lubię, jak jest chłodno i pada. Nie lubię tylko zapachu autobusów, gdy są mokre w środku. Ale to też kwestia wentylacji. Gdyby tylko autobusy miały porządną klimatyzację, to jeździłoby się nimi o wiele przyjemniej. I mniej osób miałoby w autobusach mdłości.
Chyba rzeczywiście pojadę kiedyś na dłużej do Wielkiej Brytanii albo Irlandii. Chciałabym poobserwować morski klimat przez cały rok. Wtedy o wiele łatwiej byłoby mi umieszczać akcję moich opowieści w Anglii – miałabym jakiekolwiek rozeznanie, co tam jest o danej porze normalne, a co nie.

Po południu tata wrócił z pracy i sprezentował mi drukarkę do komputera. Następnie przyjechali dziadkowie i dostałam zegar ścienny.
Moje lekko przypalone ciasto okazało się jadalne, ponieważ zostało niemal w całości skonsumowane tegoż wieczoru.

***

28 lipca, czwartek

Wczoraj wybrałyśmy się z mamą do mieszkania w bloku. Przykręciłyśmy parę rzeczy, trochę posprzątałyśmy. Mieszkanie zaczyna powoli przypominać mieszkanie, a nie pomieszczenie w środku remontu.

Wieczorem wybrałyśmy się z Mierzeją i Chomikiem na koncert z okazji dnia matki (?) organizowany przez największą z rembertowskich parafii. Grała orkiestra dęta Victoria i gościnnie wystąpił zespół wokalny z Wybrzeża Kości Słoniowej. Całkiem fajnie śpiewali.

Przy okazji pochwaliłam się dziewczynom nowym Potterem i pozachwycałam się drugim rozdziałem, który jest praktycznie w całości o Snape’ie. No a Snape jest niesamowity. Zawsze twierdziłam, że on lepiej sprawdza się w warunkach bojowych niż w pokojowych, dlatego może okazać się jeszcze ciekawszy niż dotąd.

Tymczasem prorok zmienił wystrój, co mnie nieco zdetonowało (fajny czasownik, prawda?). Wygląda teraz bardziej pospolicie, ale to już tylko i wyłącznie jego problem.

2005-07-28 10:49:49
skomentuj (0)



Piątek

Upał. Gorąco. Trzydzieści kilka stopni w cieniu. Słońce praży jak głupie, jakby nie miało nic innego do roboty.

Tymczasem powoli kończę czytać "Metamorfozy" Witolda Jabłońskiego. Czytam też po trochu Pottera i półkrwi księcia.

Niestety, jest zbyt gorąco, by pisać coś więcej. Do zobaczenia w chłodniejszym terminie.

2005-07-29 15:24:49
skomentuj (0)



Piątek - wieczór

Dzisiejsze popołudnie zgotowało mi masę niespodzianek. Najpierw przyszła do mnie Mierzeja i opowiedziała, że jej mama słyszała, że w Arkadii można się nająć do pracy w butiku. W poniedziałek mamy sprawdzić te informacje u źródła.
Po drugie okazało się, że Chomik ostatecznie dostała się na biotechnologię i to wcale nie na ostatnim miejscu, ale w połowie przyjętych. Zadzwoniłam do niej i jej to powiedziałam, bo nie odpowiadała na SMSy. Bardzo się ucieszyła, a jej rodzina zaraz włączyła komputer, by potwierdzić moje słowa.
Trzecią niespodzianką było aktywowanie na proroku wszystkich działów. Okazało się, że w dziale Pratchett znalazła się nawet moja recenzja "Na glinianych nogach". Niestety, nie zapoznałam się jeszcze wtedy z polską wersją i nie mogłam napisać, że charisn'tma wyglądałaby po polsku lepiej jako charyzniema. Niestety, w oficjalnej wersji jest antycharyzma i nic z tym raczej zrobić nie można.

W każdym razie zaskoczona jestem bardzo i w moim odczuwaniu zbliżam się do filozofa o imieniu Wen Eternally Surprised z powieści Pratchetta Thief of Time, gdzie pojawia się Susan.

2005-07-29 21:18:34
skomentuj (0)